Fragment Rozdziału 49: Smiercz
– W imię tych, których zostawiono w piachu. W imię tych, których otruto jak szczury. Ognia.
Jego kciuk wcisnął przycisk.
Świat przestał istnieć. Zastąpił go ryk.
Świat nie skończył się od razu. Przez ułamek sekundy słychać było tylko cyknięcie przekaźnika w kabinie. A potem rozpętało się piekło, ale nie w chaosie, lecz w zaprogramowanej, morderczej sekwencji.
Pierwszy zapłonnik zadziałał.
Słup ognia o temperaturze trzech tysięcy stopni runął z tyłu lewej rury, uderzając w błotnistą ziemię z siłą fizycznego młota. Fala uderzeniowa zdmuchnęła maskowanie, wypalając trawę i krzaki do gołej, dymiącej ziemi. Kamaz, mimo wbitych w grunt podpór, wygiął się jak żywe zwierzę. Rama jęknęła, a hydraulika dźwigu zawyła pod nieludzkim naprężeniem, gdy setki kilogramów ciągu próbowały rozerwać konstrukcję.
Pierwsza rakieta Smiercz ruszyła. Z ogłuszającym, wibrującym w kościach skowytem opuściła prowadnicę.
Tuż po wyjściu z rury stało się to, czego Fiodor się obawiał. Ciężki, źle wyważony pocisk, obciążony ołowiem na nosie, „siadł”. Dziób rakiety opadł gwałtownie, niemal muskając wierzchołki sosen. Przez mrożącą krew w żyłach chwilę wyglądało to jak katastrofa – jakby tona śmiercionośnego ładunku miała za moment zaryć w ziemię kilkaset metrów dalej, zabijając ich wszystkich własną bronią.
Ale wtedy, z rykiem przypominającym darcie nieba, potężny silnik na paliwo stałe zwyciężył grawitację. Stabilizatory rozłożyły się z trzaskiem. Rakieta nabrała rotacji, wyrównała lot i z dziką furią pięła się w górę, zostawiając za sobą gruby warkocz białego dymu.
W kabinie nikt nie zdążył nawet odetchnąć. Sterownik odliczył zadaną zwłokę. Trzy sekundy na stabilizację platformy.
Trzy. Dwa. Jeden.
Drugi zapłon...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz